Dziś mija 100 dni od operacji - 1 września tradowe wspinanie na Klapaucjuszu kończy się dla mnie roztrzaskanym piszczelem, który aktualnie trzyma w miejscu 6 tytanowych śrub. W związku z tym omija mnie wrześniowy, zaplanowany juz od kilku miesięcy, wyjazd na Rohacze.
W październiku odrzucam kule, w połowie listopada juz trochę biegam, i zachęcony widoczną poprawą na fizjoterapi namawiam Maćka i Michała na powrót w Tatry Zachodnie zaraz po rozpoczęciu sezonu zimowego. Okazuje się jednak, ze niestety, forma jeszcze nie ta. Ale po kolei.

Do Chochołowskiej przybywamy około 16:00, w lekkiej szarówce, delikatnie przed nastaniem zmroku. W dolinie walczymy z wichrem jakbyśmy szli granią. W schronisku mamy czteroosobowy pokój na naszą trójkę, jest więc tak jakby luksusowo. Jemy kolację i około 21 idziemy spać.

Wstajemy około piątej i chwilę później wychodzimy ze schroniska. Na Wołowiec przez Grzesia i Rakoń zamiast szlakowych 3h35m schodzi nam sie ponad 5. Od samego schroniska torujemy w głębokim, sypkim śniegu, co chwilę zmieniając się na przodzie. Na szczycie dochodzi do nas para, która stąd schodzi z powrotem do schroniska. Jeszcze nie wiemy, ze to jedyni ludzie jakich dziś spotkamy.

Z Wołowca schodzimy, dalej torując, na Jamnicką Przełęcz, gdzie szpeimy się i asekurując pniemy do góry. Odbijamy duzo bardziej na lewo od letniego szlaku, ta droga wydaje nam się bezpieczniejsza. Poruszamy się na lotnej, w ruch idzie kilka taśm, średniej wielkości friendy i jakieś kości.

Przed Rohackim Koniem wykopujemy ze śniegu łańcuchy i tkamy przeloty do ich kotew. Konia przechodzimy dość czujnie, a jego widok w niezmączonym śniegu zapamiętam jako najpiękniejsze co w tym roku widziałem. Oczywiście nie byłbym sobą gdybym był inny i przewracam się okrutnie i dramatycznie zaraz przed Koniem i wbiłem sobie raka w udo (update grudzień 2025 - blizna nadal jest).

Na wschodni wierzchołek Ostrego Rohacza dochodzimy około 13:30, po 8 godzinach walki - szlakówa szacuje ten odcinek na 4h30m, i nawet, jeśli są to czasy letnie, to nasz wynik nie jest zadowalający. Wiemy, ze około 15:40 zajdzie słońce, podejmujemy więc decyzję o odwrocie. Jak na złość, po bezwietrznym dniu, na zejściu zrywa się wichura. Prognoza pokazuje na tę chwilę -9 stopni, ale odczuwala temperatura na pewno jest nizsza.

Do schroniska dochodzimy po prawie 13 godzinach od wyjścia, ledwo zdązamy na kolację, bo kuchnię zamykają o 19:30. Mimo niepowodzenia, uwazam ze było to wspaniałe wyjście, nie byłem w Tatrach od wejścia na Gerlach 3 miesiące temu, stękniłem się.

Wtedy jeszcze nie wiem, ze Rohacze pokonają mnie jeszcze raz w nadchodzącym roku (tym razem psychicznie), i uda mi się je odhaczyć dopiero w czwartej próbie, pod koniec września, solo i na sportowo.
Komentarze